Ministerstwo Dobrego Mydła, hydrolat z dzikiej lawendy


Ministerstwo Dobrego Mydła krążyło po blogach od dawien dawna, i kusiło z każdej możliwej strony - naturalne składy, polska marka założona przez dwie siostry, minimalny design...wszystko to musiało przynieść sukces marce, i tak się stało. Przez długi czas nie miałam dostępu do ich kosmetyków, niestety większość małych marek liczy sobie ogromne kwoty za przesyłkę (napisałabym litanię na ten temat, ale szkoda nerwów). W każdym razie, zrobiłam małe zamówienie na mój przyjazd do Polski, a w nim znajdował się między innymi hydrolat z dzikiej lawendy.

Lawenda ma działanie antybakteryjne, przydaje się w pielęgnacji skóry problematycznej, a hydrolat miałam okazję używać lata temu, ze strony Zrób Sobie Krem i miałam dobre wspomnienia. Zapach jest tutaj dosyć intensywny, ale nie nazwałabym go męczącym, chociaż na pewno nie tak przyjemny, jak sztuczna lawenda. Osobiście nie miałam mu nic do zarzucenia, ale ja jestem fanką lawendy. Butelka jest mała (30ml), z ciemnego szkła. Zabrałam ją ze sobą do walizki, i spisała się idealnie - nic się nie wylało, także mogę polecić.

Mgiełka szybko się wchłania, nie zostawia lepkiej warstwy, szybko można przejść do kolejnych etapów pielęgnacji. Nie zapchała mnie, ale.......w sumie nic nie zrobiła. Głównie liczyłam na szybsze leczenie niespodzianek, nawilżenie daje mi inna mgiełka. Tutaj nawet przy mojej tłustej cerze spotkałam się z lekkim przesuszeniem! Uwierzcie, to nie lada wyczyn. To w sumie sprawiło, że nie mam ochoty na kolejny zakup mgiełki. Miałam nadzieję na więcej, niestety tutaj nic takiego nie nastąpiło. Nie szkodzi skórze, jednak też jej nie pomaga. Ot, taki zwyklak.

Jak Wasze doświadczenia z produktami MDM?

Brak komentarzy