L'oreal Tecni.Art - pianka do wlosów

Moje włosy nie ulegają z reguły próbom odbicia ich od nasady. Grawitacja zdecydowanie z nimi wygrywa, i nawet mocne skrócenie nic nie dało (dlatego teraz znów zapuszczam, ponieważ długość z moim przyklapem nie ma nic wspólnego). Jedynymi produktami, które coś były w stanie zdziałać do spraye z solą, oraz pianka, do której początkowo nie byłam przekonana.


Piankę widziałam na kilku blogach jako polecaną w walce z przyklapem. Jestem łasa na obietnice uniesienia, i ślepo podążam za tym, co ludzie chwalą. Z reguły z mizernym skutkiem :) Tym razem jednak postanowiłam wypróbować ten produkt, głównie dlatego, że nie był z Boots, tylko z linii "profesjonalnej". Serię znalazłam w sieci sklepów Sally, a więc chociaż miałam blisko ;) Znajduje się w niej kilka produktów nadających efekt "volume", ale postanowiłam nie szaleć, i skupić się na jednym. 
Pełna nazwa produktu to L'oreal Profesionnel Tecni.Art Volume Lift Spray Mousse. Co do usztywnienia, jest to poziom 3, aczkolwiek nie spotkałam się z inną liczbą. Co bardzo przypadło mi do gustu, i wyróżnia piankę od innych, to jej dyfuzor. Jest bardzo mały, ale dzięki temu bez najmniejszych problemów zaaplikujemy piankę tylko przy głowie, małymi porcjami, które kontrolujemy do woli. Dla mnie to był innowacyjny sposób, i nie wyobrażam sobie już innego nakładania pianki. Geniusz! 


Po wydobyciu dostajemy lekką, nie sztywną piankę, którą wmasowujemy we włosy - dzięki małym porcjom idzie to o wiele sprawniej i dokładniej. Nie obkleja włosów, ani nie obciąża, natomiast trzeba poświęcić temu chwilę, i najlepiej rozczesać włosy po jej nałożeniu, gdyż może lekko skleić włosy. Nie jest to na szczęście efekt jak przy innych produktach, kiedy to tworzy się nam nienaruszalny kołtun. Kilka ruchów szczotką i po kłopocie. Nie zauważyłam, by obciążała włosy, przyśpieszała przetłuszczanie, a z drugiej strony nie przesusza - z tym, że nie nakładam jej codziennie. 
Najlepiej stosować ją przy mokrych włosach, przed suszeniem. Ja, tak jak pisałam, nakładam ją tylko przy głowie, minimalnie na długości, a potem suszę włosy główą w dół, na boki - jak mi się zechce. To co pianka na pewno nadaje włosom, to sztywność - ale nie taka jak po sprayu z solą, która jest nieprzyjemna, tworząca kołtuny i matowa, ale taka, która ułatwia tworzenie fryzur, bo włosy trochę tracą swoją miękkość, nie są śliskie. W dotyku jednak są nadal przyjemne i świeże, nie czuć nałożonego produktu. Wizualnie nie tracą swojego blasku, a tego się trochę bałam. Niepotrzebnie :) Są odbite od nasady, mniej podatne na wiatr, ale nie przypominają hełmu. W moim przypadku efekt nie jest oczywiście całodniowy, po kilku godzinach trochę opadają, a jeśli wieje to nic im nie pomoże, ale na to już nic nie poradzę. Przy normalnych włosach powinna zdziałać (prawie) cuda.

Pianka jest dostępna w salonach Sally (UK), oraz internecie. Cena waha się między £8-£12 / 250 ml.

Macie problemy z objętością włosów?

Brak komentarzy