Maybelline Face Studio Blush

W przeciągu ostatnich miesięcy, róże stały się nieodłącznym elementem mojego makijażu. Nic tak nie dodaje świeżości i zdrowego kolorytu, jak właśnie one. Powoli przekonuję się do zakupu czegoś lepszego, np. MAC czy NARS, ale chciałam jeszcze wypróbować coś z drogeryjnej półki.

Maybelline jest marką, którą lubię, głównie dzięki cieniom Color Tattoo. Jednak pewnego razu, zauważyłam na ich półce róże w całkiem ciekawych opakowaniach i kolorach, a, że mój poprzedni dobijał dna, zdecydowałam się na jeden z nich. Wybór padł na dość mocny róż w kolorze "60 Cosmopolitan".


Róż pochodzi z serii Face Studio, i najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nie mogę go nigdzie znaleźć! Ani na stronie Boots, Superdrug, nigdzie! Nawet w internecie pokazują się tylko pojedyncze akcje na ebay. Trochę mnie to dziwi, bo kupiłam go może 1,5 miesiąca temu, właśnie w Boots i nagle ślad po nim zaginął? W sumie nieważne, nie zauroczył mnie aż tak, bym chciała na niego polować.

Opakowanie jest dość nietypowe, ale jednocześnie bardzo ładnie wygląda - czarne, plastikowe, dość płaskie. Aby dostać się do różu, należy przesunąć górną klapkę w lewą stronę. Nietypowe, choć nie do końca estetyczne, bo cały plastik pod spodem się rysuje. Na szczęście nie zahacza o róż, bo to byłoby już niedopatrzenie.


Róż jest pudrowy, nie osypuje się jednak, i dobrze nabiera na pędzel. Używam go w połączeniu z Blush Brush od RT, który bardzo dobrze się sprawuje. Róż ma dość mocny kolor w opakowaniu, trochę bardziej intensywny niż na zdjęciach, ale zdecydowałam się na niego, zakładając, że i tak będzie o wiele mniej widoczny. 

Miałam częściowo rację, otóż kolor na skórze jest zdecydowanie bardziej pastelowy, powiedziałabym dziewczęcy. Dodaje świeżości skórze, wyglądam w nim na bardziej rozbudzoną (co w moim przypadku jest bardzo wskazane!). Wygląda trochę jak rumieńce, które pojawiają się na twarzy z zimna, ale nie daje efektu świnki ;) 
Jest dość uniwersalny, myślę, że będzie pasował większości cer. Nie zrobi z nas klauna. Dodatkowo całkiem nieźle utrzymuje się na skórze tłustej, a potem po prostu znika, nie zostawiając brzydkich plam.

Róż Maybelline jest dobrym i bezpiecznym produktem "na już", ale na pewno nie tak pięknym jak Well Dressed od MAC, czy np. Laguna (te dwa kolory chcę na pewno, chociaż mam więcej na chciejliście ;) ). W opakowaniu dostajemy go 5g, a po otwarciu należy go zużyć w 24 miesiące.
Niestety, nie jestem w stanie znaleźć jego ceny, ale obstawiam, że kosztował około 7-8 funtów. 

Lubicie drogeryjne róże, czy sięgacie po droższe "pewniaki"?

Brak komentarzy