Produkty do maskowania bladej skóry

10 wrz 2015

Upałów w tym roku w Londynie to nie uświadczyłam. Najpierw długa, ale lekka zima, potem coś na kształt jesieni zamiast wiosny, a potem raptem kilka ciepłych dni. Trochę szkoda. Sukienkę udało mi się założyć może 3 razy, a wtedy nie chciałam straszyć swoimi blado-sinymi nogami. Wybrałam więc sobie kilku pomocników na tegoroczne "lato". Czy znalazłam ulubieńca?


Idąc od lewej:

- ST TROPEZ In Shower Tanning Lotion: pojawił się jako dodatek do gazety, dość mocno nagłośniony. Dlaczego? Poprzez sposób aplikacji - pod prysznicem, czyli takie 2w1, bo oszczędność czasu. Generalnie polega to na tym, że nakładacie balsam na umyte ciało, i czekacie 3 minuty. Wszystko fajnie, ale z reguły zaczynałam marznąć w połowie tego czasu....Może i wygodny sposób, ale denerwujący. Co do opalenizny, to efekt był już po jednym użyciu - skóra nabierała ładnego, lekko brązowego koloru. Następna aplikacja wzmacniała ten efekt, jak i wydłużała czas do jego całkowitego zmycia - czyli około tygodnia, może półtorej.

- Dove, Summer Glow: jeden z lepszych balsamów brązujących, jaki możecie kupić w drogerii. Polecam jednak wybrać wersję do ciemniejszej skóry - szybciej działa i nadaje mocniejszy kolor. Potem wystarczy tylko nakładać go co 1-2 dni po kąpieli, by cieszyć się ładnym odcieniem brązu. Lubię i kupię znowu za rok (albo w zimie, dlaczego nie?).

- Rimmel, Self Tan Mousse: w tym roku dużą popularność zebrały samoopalacze w piance od Vita Liberata. W tym samym momencie widziałam też kilka pozytywnych recenzji podobnego produktu od Rimmel. Kupiłam, bo taniej ;) Wybrałam jaśniejszy odcień, bo widziałam, że kolor jest i tak dość intensywny. Nakładać należy go na czystą, suchą skórę, najlepiej po peelingu. Aha, należy jeszcze dokupić specjalną rękawicę, tutaj w gratisie jej nie ma. Pianka ma dość mocno brązowy kolor, więc należy nakładać ją dokładnie, ale jednocześnie szybko, bo łatwo dorobimy się plam. Wchłania się błyskawicznie, więc spokojnie można nałożyć na siebie ubrania (ale z białymi bym nie ryzykowała). Kolor zmienia się w godzinę po nałożeniu, i po tym czasie możemy cieszyć się naprawdę intensywnym kolorem - nie jest on bardzo ciemny, nie żółty ani pomarańczowy, taki...idealny. Wytrzymuje również długo, jedno nałożenie znika po około tygodniu, jeśli aplikację powtórzymy kolejnego dnia, mamy spokój na 2 tygodnie.

-Clarins, Radiance-Plus, Golden Glow Booster: kolejny popularny kosmetyk w formie kropelek. Są dwie wersje tego produktu - do twarzy i ciała, ja zdecydowałam się na te drugie. Podoba mi się załączona dokładna instrukcja nakładania - kropelki mieszamy z balsamem do ciała, w niedużej ilości. Jeśli liczymy na mocniejszy efekt, nalewamy większą ilość. To akurat jest w miarę bezpieczny kosmetyk, nie ma szans na zrobienie nim nieestetycznych plam. Kolor jest lekki, nie osiągniemy nim mocnej "opalenizny", ale kilkukrotne nałożenie tych kropel widocznie zmienia kolor skóry. Trochę się bałam wydajności, ale dzięki temu jak niewiele potrzeba nakładać, spokojnie wystarczy na dobrych kilka miesięcy, albo i dłużej, jeśli robimy to nieregularnie.


Co spodobało mi się najbardziej? Chyba balsam Dove - daje wyraźny, długotrwały kolor, a jeśli nie jest się leniem w tej kwestii (jak ja), to można cieszyć się ładnym kolorem skóry. Pianka Rimmel jest dobra, jeśli potrzebujemy koloru na już, St Tropez denerwował mnie tym czekaniem, ale też nie wykluczam, że kiedyś po niego sięgnę, a kropelki Clarins jak dla mnie są idealne na zimę, kiedy chcemy tylko lekko ocieplić nasz kolor, nakładając je od czasu do czasu.


Sneak peek: widzicie na zdjęciu dwa produkty do twarzy? Miałam o nich napisać tutaj, ale myślę, że dzisiejszy post jest już wystarczająco długi, więc zostawię je na następny raz :)

Prześlij komentarz

instagram @nightlywolf

© Nightly Wolf. Design by FCD.